Okja – 8 powodów, by obejrzeć

jedną z najgłośniejszych produkcji Netflixa, która

boli, bawi, zachwyca i obnaża


Minął prawie miesiąc odkąd pierwszy raz obejrzałam „Okję”. W moich uszach ciągle wybrzmiewa „Dedicated To The One I Love” The Mamas And The Papas, przerywane mruczeniem i wrzaskiem „superświni”. Widzę przenikliwe, mądre spojrzenie głównej zwierzęcej bohaterki, której wcale nie potrzeba słów, byśmy wiedzieli, co czuje i co chwilę przypominam sobie ile skrajnie różnych emocji wywołał we mnie ten film. Mogłabym napisać esej, głęboką recenzję albo charakterystykę bohaterów, ale nie ma sensu. Wierzę, że jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, 8 punktów tego wpisu przekona Was do obejrzenia najnowszego filmu koreańskiego reżysera Joon-ho Bonga.

W skrócie – Koncern rodziny Mirando opracowuje pomysł na wyhodowanie zmodyfikowanej genetycznie „superświni”, która wyglądem przypomina krzyżówkę hipopotama i tradycyjnej świni. Jej mięso ma służyć za multiwitaminę, jednocześnie smakując „fucking good” i zmiatając masarską konkurencję z rynku. Początkowo pobudki Lucy Mirando (Tilda Swinton) mogą wydawać się szlachetne – „to raz na zawsze rozwiąże narastający problem głodu na świecie”, a później… przekonacie się sami. Jedna z młodych, „testowych” superświń trafia do koreańskiej wioski, gdzie pod uważnym okiem dziadka Miji (koreańska dziewczynka – główna bohaterka) ma być hodowana do czasu osiągnięcia wymarzonych rozmiarów. Okja i Mija (Seo-hyeon Ahn) wspólnie się wychowują, co naturalnie rodzi między nimi ogromne poczucie więzi.  Wszystko zmieni się, gdy pewnego dnia pojawiają się pracownicy firmy Mirando, by z powrotem odebrać swój „produkt”.

  Dlaczego warto zapłacić Netflixowi, by móc spędzić dwie godziny z szalonym koreańskim kinem?

 

1.Zachwycająca Tilda Swinton 

Rozbawiło mnie kilka głosów krytyków filmów o tym, jakoby jej rola była nazbyt przerysowana – może się nie znam, w końcu fakultet z filmoznawstwa trwał tylko pół roku, ale nie mogłam oderwać od niej wzroku i słuchu. Zahipnotyzowała mnie tak samo jak w „Musimy porozmawiać o Kevinie”, choć w zupełnie innym stylu. Rozedrganie emocjonalne, próba nałożenia maski pewności siebie, rodzinne demony przeszłości… odgrywanie cukierkowej femme fatale? Znowu uwierzyłam Tildzie.

2.Muzyka

Muzyka filmowa w retro klimacie – przez lekko kiczowate „Annie’s Song” Johna Denvera pasujące do groteskowych motywów filmu, po „Dedicated to the one I love” The Mamas & The Papas, które biorąc pod uwagę kontekst całego filmu wzrusza co najmniej tak jak…

3. (prawie) Ostatnia scena

Poruszy nawet największych twardzieli i zagorzałych mięsożerców (przykładem jest mój tata). Nie przesadzałabym z wszechobecną opinią, że trzeba przygotować na nią stos chusteczek, ale na twarzach współtowarzyszy malowała się bogata gama głębokich emocji. Ja uroiłam łzę – przyznaję. Ta scena przypomni albo pokaże, że miłość i empatia nie ma nic wspólnego z gatunkowizmem, a głębokie odczuwanie naprawdę nie jest zarezerwowane dla człowieka. Wiele osób dziwi się, że prawdziwe filmy z rzeźni i hodowli przemysłowej nie robią na ludziach wspierających przemysł mięsny dużego wrażenia, ale hollywoodzka historia superświni już tak. Niezbyt zaskakuje mnie ten mechanizm – historia jest podana w przystępny, przyjemny dla oka sposób. Chwilami tylko przeradza się w horror, a taką jego dawkę jest w stanie przyjąć „przeciętny Kowalski”, który na co dzień stroi od bolesnych filmów dokumentalnych. Ogólnie jest kolorowo, muzycznie, groteskowo. Mimo wszystko, ostatnia scena, a raczej jej tło, ma sporo wspólnego ze smutną rzeczywistością. Może dlatego „Okja” zostawia po sobie m.in. takie wpisy na Twitterze: klik

4. Postać Okji 

A szczególnie jej oczy i paleta emocji, które potrafią przekazać widzom. Hiperrealizm postaci sprawił, że tak wiele osób oglądało film z wyraźnym zaciekawieniem jak potoczą się losy ogromnej bohaterki. Nad tworzeniem postaci czuwał sam Erik-Jan De Boer – zdobywca Oscara za efekty specjalne w „Życiu Pi”, co daje gwarancję satysfakcji. No dobra, tak naprawdę każdy ma ochotę przytulić Okję, zwłaszcza gdy znowu ładuje się w tarapaty. Dla każdej osoby, która patrzy trochę szerzej, będzie ona alegorią każdego z milionów czujących (realnych!) zwierząt żyjących na fermach przemysłowych.

5. Pstryczki po równo 

Tutaj każdemu dostaje się po równo. Joon-ho Bong po mistrzowsku obnaża ludzkie przywary – zarówno hipokryzję właścicieli zakładów mięsnych, jak i fanatyzm, który chwilami objawia się w działaniach frontu Animal Liberation (na jego czele doskonały Paul Dano – Jay). Ostatecznie ci drudzy przedstawieni są w nieco lepszym świetle, ale „Okja” urzeka przede wszystkim dzięki pokazaniu bolesnej prawdy – po środku ciągłych sporów (o to w jakim kierunku powinna [czy powinna?] iść hodowla zwierząt; o to jak powinniśmy walczyć o ich prawa – bezkompromisowo czy pragmatycznie?) zawsze są niewinne zwierzęta, na których cierpienie większość ludzi pozostaje głucha. Ostatecznie seans zakończyłam wrażeniem, że największy zarzut został wystosowany wobec kilku miliardów „zwykłych” ludzi, którzy bezrefleksyjnie napędzają machinę hodowli przemysłowej.

6. Porządna dawka groteski

Prawdopodobnie do samego końca nie będziecie w stanie stwierdzić, czy „Okja” jest bardziej tragiczna czy komiczna. Śmiech miesza się tutaj z płaczem, fantastyka z realizmem, a dobro ze złem. Poczucie humoru jest specyficzne. Dla jednej części widowni zapewne będzie prostackim poziomem żartu, dla drugiej – celowo i sprytnie użytym zabiegiem filmowej stylistyki. Ja uwielbiam wszelką mieszankę gatunków w kinie i literaturze, dlatego z chęcią obejrzałabym jeszcze co najmniej dwukrotnie. Jeśli z groteską można przesadzić, tutaj zrobiono to postaci Dr Johnny’ego Wilcoxa, którą odgrywał Jake Gyllenhaal. Prawdopodobnie większość odbiorców była tak zirytowana jego zachowaniem, że miała ochotę rzucić w ekran czymś ciężkim błagając, by już się zamknął. Prawdopodobnie. I być może to właśnie jest zwycięstwo reżysera?

7. Mój brat poleca!

Serio. Większość życia utyskiwałam na starszego brata, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się polecić mi słabego filmu. Dzięki niemu pokochałam „Pulp Fiction” Tarantino, kształtowałam charakter przy „Za wszelką cenę” Clinta Eastwooda, pisałam fragmenty o „Polowaniu” Thomasa Vinterberga i trzykrotnie wracałam do „Dzikich historii” Pedro Almodovara. Bywał wredny, ale gust filmowy i kawowy od zawsze miał naprawdę zacny. A „Okję” oglądaliśmy wspólnie, zaraz po narodzinach jego córki. Chwała!

8. Wolność artystyczna 

… która pewnie nie wyglądałaby tak kolorowo, jeśli film miałby być dystrybuowany w kinach na całym świecie. Netflix może sobie pozwolić na takie szaleństwo, zwłaszcza, gdy produkcyjne wsparcie oferuje Brad Pitt (zadeklarowany weganin). Jaram się, że ktoś ma odwagę dotykać tak niewygodnych tematów w filmach z 50-milionowym budżetem i dlatego jestem przekonana, że warto zapłacić platformie choćby jednorazowo, by docenić to, czym jest i czym może stać się „Okja”.

I nadal można się przyczepiać, że tematyka taka poważna, a żarty takie… proste?, że wszyscy aktywiści prozwierzęcy wrzuceni do jednego wora, a film i tak delikatnie pokazał realia hodowli przemysłowej, ale…

Każdy z nas ma mózg – najlepszy filtr, przez który przepuści podane w filmie sceny, słowa i tezy. Dla mnie, w kontekście dzieła filmowego „Okja” jest naprawdę wartościowa.

 

fot. materiały prasowe

A Wy, oglądaliście? Co myślicie o „Okji”?